Witamy
Login / Rejestracja
Plynny hover po najechaniu obrazka w jQuery

Gwara mazurska - Naprawa dachu i co się przy tym działo

URL

Nie lubisz tego filmu. Dziękujemy za głos!

Sorry, only registred users can create playlists.
URL


Dodane by Admin w HUMOR INNE
173 Wyswietleń

Opis

Naprawa dachu i co się przy tym działo
Chałupnikowi Adamowi Kosiorkowi nie powiodło się, bo w czasie wolnym potłukł się i musiał pójść na kilka dni do szpitala. A że to, co on im w szpitalu powiedział, nie było zbyt jasne, kasa chorych wystosowała pismo z prośbą, by opisał przebieg wypadku, tylko nieco dokładniej. Adam siadł do stołu w kuchni, żona przyniosła mu kałamarz i pióro i zaczął pisać list na dużym papierze.
Droga Kaso Chorych!
Chcieliście się dowiedzieć, jak się to stało, żem sobie kości pobił i trzeba mi było pójść do szpitala. No, powiem Wam, jak to się stało: Pewnego poranka żona moja powiedziała, że u naszej babci dach jest zepsuty i żebym poszedł i dach naprawił. Po śniadaniu poszedłem do babci, i - zobacz - widzę, że jej dach naprawdę zepsuty. Co tu robić? Pomyślałem że, gdy pójdę do ustępu, to może mi jakaś myśl rozwiązania sprawy do głowy uderzy. Siedzę w ustępie, myślę - i wymyśliłem! Mam starą skrzynię, w której kiedyś, gdy zajmowałem się murarstwem, woziłem piach. Poszukałem linki, na której kobieta zwykle bieliznę suszy. Trochę wymawiała mi, że linkę zabrudzę i że później bielizna będzie brudna. Dałem skrzynię na taczkę i zawiozłem ją pod chałupę babci, przed szczytem której rośnie tęga grusza. Wziąłem linkę, owiązałem jednym jej końcem skrzynię, a drugim chciałem skrzynię podciągnąć do góry. Na szczycie domu, na samej górze dachu, wystawała belka. Wziąłem linkę za ten wolny koniec i rzuciłem do góry. Liczyłem, że linka z drugiej strony belki spadnie i wróci z powrotem do mnie tak, że będę mógł skrzynię wciągnąć pod dach. Ale linka, ścierwo, się zaplątała do tego stopnia, że tylko sam koniec był widoczny i dyndał u góry. Poszukałem grabi, wlazłem na pieniek, na którym babci na zimę ciąłem snopki, i zacząłem grabiami sięgać po koniec linki. Machałem i machałem grabiami, jednak linki nie złapałem. „Niech cię szlag trafi!" zakląłem i - patrzcie - pomogło! Grabie w końcu zahaczyły linkę i mogłem ją pociągnąć do dołu. Rzuciłem grabie na bok i wziąłem linkę do rąk. Mocno ciągnąłem i skrzynia zaczęła podnosić się do góry - aż pod sam dach. „Dobrze!" pomyślałem i przywiązałem linkę do gałęzi gruszy. Chciałem wejść po drabinie na dach, zebrać połamane dachówki i wrzucić je do skrzyni.
Gdy skrzynię napełniłem, udałem się z powrotem na ziemię i ostrożnie odwiązałem linkę od gałęzi gruszy. Ażebym mógł lepiej trzymać, okręciłem nią moje ramię. Chciałem pomału spuszczać skrzynię z dachówkami na ziemię. Okazało się, że skrzynia była cięższa ode mnie i tylko tak do dołu ćmichnęła, a drugi koniec linki, za który ja trzymałem, pociągnął mnie do góry.
Po drodze, tak w połowie, trzepnęła mnie skrzynia po plecach i rozdarła nie tylko mój żakiet, ale dała dobrze po grzbiecie. I dalej poleciałem do góry, rąbnąłem głową o belkę, że aż mi wyskoczył guz na łysinie. Skrzynia z dachówkami trzasnęła o ziemię. Jak już powiedziałem, skrzynia nie była nowa i dno się rozsypało w momencie, gdy wisiałem pod dachem. Rama skrzyni nie potłukła się. Tylko, jak można się domyśleć, była lżejsza ode mnie i - oj! -spadłem jak kamień w dół, a ona, ścierwo, poszła do góry.
Podobnie jak przedtem z całą skrzynią, teraz spotkałem się z ramą w połowie drogi, ona kopnęła mnie w brzuch i rozdarła mi portki tak, że mi „wszystko" na wierzch wylazło. Potem siadłem tak mocno tyłkiem na pobitych dachówkach, żem gwiazdy zobaczył. Wszystko mnie bolało, a portki rozdarły się na dwie części. Zapomniałem zupełnie, że powinienem trzymać linkę w rękach, przecież rama skrzyni jeszcze wisiała pod dachem - i puściłem ją. Rama naturalnie poleciała z powrotem na ziemię i to dokładnie tam, gdzie ja siedziałem z rozdartymi portkami na potłuczonych dachówkach. Ciemno się zrobiło, bo dokoła mnie sterczała rama skrzyni. I tak siedzę i myślę, co tu jeszcze może się stać. Jednak cicho się zrobiło, tylko oba końce linki dyndały nad moją głową tam i z powrotem. Widocznie drugi koniec, ten od skrzyni, się urwał. Wylazłem. Wyglądałem, jakby wilki mnie miały w zębach. Udałem się do żonki, by mi dziury w portkach i marynarce połatała i gęsim tłuszczem wysmarowała brzuch, guz na głowie i kręgosłup, bo mnie wszystko bolało.
I z tej przyczyny, droga Kaso Chorych, musiałem leczyć się przez cały tydzień w szpitalu. Nie było to żadne niedbalstwo, które mi w Waszym piśmie zarzucacie, tylko zepsuty dach u naszej babci.
Ślę Wam ukłony
Adam Kosiorek z Przepiórek

Dodaj Komentarz

Komentarze

Bądź pierwszym który skomentuje.
RSS

Hurtowania budowlana

Okna dachowe

Dobra cena. Darmowy transport